Dzień 1, 07/31 2023, niedziela, długa jazda Dallas, Tx – Tucson, Az
Po wielu tygodniach przygotowań wyjeżdżamy dziś w podróż po Kalifornii. To nasza wersja West Coast. Wszystko juz poukładane, popakowane i ruszamy, tylko troche po 7 rano. Mamy ponad 900 mil do przejechania, do Tucson w Arizonie. Jazda poszła świetnie, zmiany co 2 godziny, benzyna, tylko 1 zakup kawy. Reszta to jedzonko zabrane z domu i przygotowane przez Roberta. Na koniec, super widok, chmury, nawet deszcz z daleka. Za to odcinek miedzy Odesaa i El Paso, raczej okropny, nieciekawe miejsce. Hotel ok ale okolica nie bardzo, nawet bardzo nie bardzo. Rano pojedziemy dalej, mamy nadzieje, że wszystko będzie ok. z autem.
Takie widoczki jak te powyżej były praktycznie przez cała drogę w Texasie
Dzień 2, 07/31, poniedziałek, Saguaro National Park i dojazd do San Diego
Wstajemy rano pakujemy się i ruszamy do Saguaro National Park. Na dworze pustynny ukrop, udaje nam się gładko wyjechać, choć pakowanie trochę było trudne. Do parku, który jest właściwie tuż za miastem, dojeżdżamy jakoś od tyłu, zdjęcie przy wjeździe i fajne widoki pagórków pokrytych zabawnymi kaktusami, cisza i ciepło. Robie pare kroków między kaktusami i wbijam sobie takowego w grubego palca od nogi, krzyk i Robert musi to wyciągać próbując się samemu nie pokluć, krew i boli nieproporcjonalnie mocno … będę żyć! Wracam zrobić zdjęcie który to był kaktus, na wszelki wypadek jakby jakaś dziwna reakcja byla póżniej. I … wchodzimy prawie na siebie, ja i kojot. Co sie wtedy robi? Reakcja jest odruchowa, nie przemyślana .. Mowię głośno do Roberta, żeby przyszedł zrobić zdjęcia kojotowi, no i nawet coś mu napstrykaliśmy (znajdź 5 zdjęć z kojotem), nie za bardzo się nas bał. Jedziemy dalej pstrykając widoczki. W visitor center pytamy o kaktusa, starsi truperzy tłumaczą mi z powagą, że żaden kaktus nie jest trujący. Fajnie, odkażony paluch tylko trochę puchnie, nie będzie z nim problemu.
A tak tu niektórzy mieszkają …
Ruszamy dalej, na San Diego! Autostradą 10 a potem 8, glównie płasko, i pustynnie, potem są góry z małych skałek i różne inne też, Popatrzcie na zdjęcia. Zaskakuje to, że Kalifornia może być pustynna i gorąca, ale przecież graniczy z Arizoną! Dopiero ok 100 mil przed San Diego zaczyna być roślinnie i zaludniono. Hotel jest w środku miasta, nad brzegiem, koło lotniska, i widać z niego również bazę wojskową. Moc atrakcji i jest super. Na kolację ruskie na balkonie.
Dzień 3, 08/1, wtorek, San Diego, Zoo
Nasz pokoj w Sheratonie jest naprawde super ma balkon i widok na stateczki w marinie (na zdjęciu). Tak wlaśnie miało być, ładny widok i balkon, moja ulubiona kombinacja. Po małym gramoleniu się i naleśnikach „od nas” ruszamy do San Diego zoo. Jest ciepło, ale nie tak jak w Texasie. Bilety kupione online ok 70$ każdy. No i ….. spotyka nas jedno z większych zawodów, póki co. Jeśli jest się biologiem który chodzi do zoo żeby ogladać zwierzęta to nie należy absolutnie wybierać się do tego zoo. To raczej skrzyżowanie zoo i parku Disneya, dużo atrakcji dla dzieci, autobusy, restauracje itp. Tylko zoo zgubili, marna zebra i wystraszone żyrafy w kiepskich zagrodach. Ptaki w klatkach o tak gęstych oczkach że nie można zrobić żadnych zdjęć! Jedynie woliery się nadały i tam, w środku Robert zrobił zdjęcia ptaków do namalowania. Zoo jest też bardzo duże i nie da się go całego zobaczyć na piechotę, ma też niejasny plan i brak ewidentnych przejść z jednego miejsca do drugiego więc wraca się tymi samymi drogami. Bez sensu! Za to roślinność mają piękną, jak w całej Kaliforni, co już kiedyś zaobserwowaliśmy. Aha, te pandy co kiedyś były w tym zoo super atrakcją oddano, w ramach kalifornijskiej poprawności, do Chin, hehe! Zaliczone, i nie wrócimy i nie polecamy. Po zoo znajdujemy Blink, sklep z farbkami dla malarzy. I przy okazji fajna ulica z deptakiem, zeby się przejść, tzn. wiemy, że tam jest, pójdziemy jak się da, i jak znajdziemy parking. Jazda tutaj to Robert prowadzi a ja mam zamknęte oczy, nie moja bajka. Po prysznicach idziemy coś zjeść na dół w restauracji, z widoczkiem na marinę, i padamy w pokoju. Zgrywam zdjęcia, od 2019 …. długa impreza …. i padli! Hehe!
Dzień 4, 08/2, środa, Coronado Island, Imperial Beach
Miał to być dzień relaksu i małych wysiłków. Po porannym ustawianiu aparatu fotograficznego i przekładaniu zdjęć, ruszamy na wyspę Coronado, taka mieścina w San Diegp rekomendowana przez jedna pania na FB. No i faktycznie jest to ładne miasteczko. Przejeżdżamy je i w końcu znajdujemy plażę i molo, którym ruszamy na spacer, robiąc mnóstwo zdjęć pelikanom łowiącym ryby i panom takim też. Wracamy do miasteczka bo chcemy coś zjeść. I tu wychodzi kwestia parkingu. Płacimy za niego 30$ za 2h !! Zjadamy makaron z czymś i jeszcze idziemy na plażę, pięknie jest i ciekawie. W końcu wracamy do hotelu trochę odpocząć i jeszcze wychodzimy w ostatniej chwili na zachód słońca i spacer. Widać że dużo osób tak robi. Po powrocie do hotelu zaczynamy się pakować, żeby jutro nie było za długo. Sheraton w San Diego to fajny hotel!
Opłata za parking troche przedpotopowa 🙂 i prawie pół kilometra mola
Żona w obiektywie Roberta po raz kolejny. Moze warto udokumentować jak się kiedys wygladalo? bo to się zmienia …
Dzień 5, 08/3, czwartek, Catalina Island, drive to LA area
Dziś był ten dzień, kiedy musielismy wstać wcześnie, spakować się i dojechać 50 mil do Dana Point, gdzie wsiadaliśmy na łódkę płynącą na Catalinę. Do wsiąścia na łódkę wszystko szło sprawnie. Na łoódce zaczęly się jaja bo okazało się, że jak dla mnie to za mocno buja. Nigdy nie czułam się tak źle! Po 45 minutach udało mi się zasnąć i przespać mastępne 45 minut. Dopłynęliśmy do tej przepięknej wyspy trochę wygięci ale gotowi na przygodę. Na początek znależlismy coś do zjedzenia co znacznie poprawiło nasze humory. Potem poszliśmy do wypożyczalni wózków golfowych, którymi tutaj poruszają sie turyści. I zaczęła się przejażdzka! Zaliczyliśmy właściwie wszystkie punkty widokowe, kiedy …. zlapaliśmy gumę! Po zadzwonieniu do obsługi, pan przyjechał i sprawnie zmienil nam kółko, również dodając pół godziny do naszego czasu. I tak tego jednak nie wykorzystaliśmy. Oddaliśmy wozik, dostaliśmy pieniądze z powrotem i poszlismy na spacer, i małą zagryzkę z drinkiem dla mnie. Chodziło o to żebym wytrzymała płynięcie z powrotem na ląd. No i się udalo. Dopłynęliśmy z powrotem i całkiem sprawnie ruszyliśmy do naszego następnego hotelu. Wjechalismy na autostrade 1, cel naszej podóży. I było bardzo ładnie w zachodzącym słońcu. Podobała nam się najbardziej Laguna Beach. Do naszego hotelu w LA dojechaliśmy już nocą. To był męczący dzień, zwłaszcza dla Roberta, który cały czas prowadził. Po pokonaniu pokoju koło windy (czyli takiego nie chcemy), wnosimy jedzenie i zaraz idziemy spać. A! W windzie spotkaliśmy pana na oko kalifornijskiego ale okazał się jakoś Polakiem, nawet mówił troche po polsku, akurat wieźliśmy jedzenie w koszyku ze sklepu, no i wyszliśmy na super SŁOIKI hehe!!
Dzień 6, 08/4, piątek, spotkanie z Carrie, dojazd do Pismo Beach
Od rana pobudka i nie ma wylegiwania: jedziemy zobaczyć się z Carrie. Pakowanie poszło sprawnie tzn. Robert pakował a ja się szykowałam, co ja na to poradzę, że kobiety mają tyle elementów do pokonania od rana? No i pokój daleko od windy tez nas „złapał”, wyszło na to że lepiej nosić wszystko po schodach niż zapychać do windy … hehe! W końcu ruszyliśmy. Tym razem był to port LA nad ranem, nie było źle, w sensie trafiku, choć ogólnie dużo aut i duży ruch. Carrie bardzo miła, akwarela konia ją trochę zamurowała bo okazało się, że ma konia o podobnym umaszczeniu … Ogólnie wyszło fajnie i ruszyliśmy dalej tzn, z powrotem bo na spotkanie musieliśmy się cofnąć. Wjechaliśmy na autostradę 1 koło Santa Monica i zdążaliśmy do Pismo Beach. Widoki piękne jak widać. Malibu najciekawsze, potem nawet pustawo bez zabudowań. W Santa Barbara wjechaliśmy na drogę prowadzącą na północ, i tam było jak we Włoszech, winnice i wszystko na raz, baaardzo ładnie, w oklicach Cachuma Lake i Santa Ynez. W tym dniu dowiedzieliśmy się też, że 2 rzeczy są problemem w Kalifornii: parkowanie i wysikanie się. Na punkcie widokowym było miejsce na 10 aut, w Tx byłoby na 40, moim zdaniem. Musieliśmy czekać aż ktoś odjedzie! A w restauracji do ktorej podjechaliśmy były kible toy-toy, really ??? Natomiast widoki przebijają wszystko, i bardzo przystępna temperatura. Do hotelu w Pismo Beach dojechaliśmy ok 6pm, zjedliśmy, porobilismy zdjecia oceanu, i padliśmy do …. mistrzostw świata w piłkę nożną kobiet, ojezusiczku!!!!
Dzień 7, 08/5, sobota, jazda jedynką, Cambria, dojazd do Carmel by the Sea
O 11 rano zgodnie z wytycznymi hotelu wyjechaliśmy. Carrie nam poprzedniego dnia pokazała zdjęcia z miejsca ktore zapamiętałam: Margo Dodd Park. I tam pojechaliśmy. WOW! Wysiadliśmy do tych skał z ptakami. Widać pewnie jak to wyglądalo, a jak pachniało! Hehe! Zrobiliśmy mnóstwo zdjęc, lornetka pomogła zobaczyć odległe wieloryby, tylko ich grzbiety, podobnie jak misie w Tennessee 😊 Po tych emocjach ruszylismy do Cambria, miejscowości na 1 o ktorej Carrie też mówiła, że są tam galerie itp. Droga była prześliczna, i dojechaliśmy. Zaparkowaliśmy samochód i patrzymy a tu ksiegarnia im. Ojca Pio. Musieliśmy wejść. Robert kupił książkę o Ojcu a ja o aniołach, na każdy dzień roku …. Zjedliśmy omlety w małej knajpce, połaziliśmy, wesziśmy do galerii i do sklepu z włóczką i pojechaliśmy dalej. Plan był taki, że jedziemy tak daleko jak się da do zawalenia na 1 i tam przejeżdżamy przez góry. No i nawet znależliśmy ten wjazd, tyle ze mial szlaban i klódkę a o tym już w googlu nie było …. Trzeba było pojechać z powrotem. I znów było super bo widoki jednak inne. Na dodatek ten kawałek 1 jest mocno podobny do drogi do Hana na Maui, na Hawajach, wąski, kręty, wysoko nad klifem, widoki piękne ale i zatrważające. Lubię naturę ale się jej raczej boję niż staram się ją pokonać. Ragged Point to miejsce w którym kiedyś zatrzymamy się na dłużej, odległe miejsce, wysoki klif, cute hotel, koliberki …. Zresztą Pismo Beach tez nam się podobało tak, żeby wrócic do niego i pobyc dłużej. Po powrocie do Cambrii odbijamy na 101 i lecimy już nie brzegiem ale przez malownicze górki do Carmel by the Sea. Tu wszystko wygląda jak Włochy. Do Caramel i naszego Tickle Pink Inn docieramy już jak jest ciemno, jadąc przez ulice pokryte nisko leżącymi chmurami i mgłami. Wybrzeże Kalifornii jest naprawde piękne!